czwartek, 10 lipca 2014

Bardzo osobisty wpis czyli nasza opowieść porodowa.

Bardzo osobisty wpis czyli nasza opowieść porodowa.


W pamięci zostawiam 4 kilo miłości i pierwszy płacz


Mój pierwszy poród był trudny i zostawił sporą ranę w mojej głowie. Długo zajęło mi pozbieranie się, szczególnie psychiczne po nim. Po wielu godzinach porodu i właściwie, już na finale skończyło się cesarskim cięciem. Wyszłam ze szpitala z przekonaniem, że nie dałam rady. Zawiodłam, jako kobieta.

Tym razem marzył mi się poród w zgodzie z naturą.  Przede wszystkim świadomy i spokojny. Spotkaliśmy się  z położną od porodów domowych. Nie widziała przeszkód mimo pierwszej cesarki. Poczułam jakby mi ktoś otworzył ogromne drzwi, za którymi było morze cukierków. Możemy mieć dobry poród.

 Moja euforia trwała chwilę. Doktor powiedział, że dobrze zrobić usg, zobaczyć jak duża dzidzia, czy blizna trzyma. Blizna trzymała, tylko Tola się owinęła pępowiną.  Zaczęliśmy mieć więcej obaw niż chęci. Więc zmieniliśmy opcje. Będziemy rodzić w szpitalu, ale z położną z Fundacji Rodzić po Ludzku. Spotkaliśmy się i umówiliśmy szczegóły.  Powiedziała, że mamy być spokojni i wszystko będzie dobrze. Wiec cierpliwie oczekiwaliśmy dnia, w którym Tola rozpocznie swoją największą przygodę. 

Skierowanie do szpitala już czekało, aby za parę dni jak nic się nie zadzieje, udać się tam z plakietką PO TERMINIE. To miał być czwartek. Poniedziałkowe KTG i badanie powiedziało. JESZCZE NIE!

Więc poniedziałek to nie ten dzień. Spędziliśmy go niezwykle miło. Humory nam dopisywały. Był pyszny obiad z deserem. Poszliśmy spać w cudownych nastrojach. Nie pospaliśmy zbyt długo. Około 2 w nocy obudził mnie ból brzucha, który nie był mi do tej pory znany. Zaczęły się sączyć wody. Nie do końca rozumiałam ten stan. Czy ja siusiam czy o co chodzi? Dopiero po chwili do mnie dotarło, że to właśnie ten dzień. Potwierdził to skurcz, który pojawił się chwile później. Obudziłam męża, żaby dzwonił do położnej. Odebrała, zrobiła wywiad. Proszę jechać do szpitala, niebawem zacznie się akcja porodowa. Tylko w naszym szpitalu niema miejsc…musicie jechać gdzie indziej. Dajcie znać jak Wam poszło….CO?! Ale gdzie? Borowska? A gdzie to?! Przecież mieliśmy z położną…Wszystko nie tak. Skurcze przybywają. Czekamy na siostrę, żeby została z Lili. Mała się budzi. I woła. „Mamo! Tylko spokojnie. Ty nie idź.” A ja wyje. Rozczula mnie to do granic możliwości.

Zamykam oczy…oddychaj do brzuszka.

Jest siostra.” Będzie dobrze” mówi i tuli nas na drogę i zapewnia, że zaopiekuje się Lili, najlepiej jak potrafi. W drodze do auta staram się opanować emocje. Mamy zadanie. Zróbmy to i wracajmy do domu.

Szpital wygląda dobrze. Korytarze są puste w izbie przyjęć tylko my. Wywiad, ktg. Czekamy na lekarza. Skurcze się wyciszają. Są nie regularna. Leże i czekam. Pytamy czy są sale rodzinne. Są…ale trzeba mieć zgodzę …ale jak się doktor dyżurujący zgodzi, to może się uda.

 W głowie powtarzam w kółko, jakby miało to pomóc. „będzie dobrze, będzie dobrze” Przychodzi doktor. Bada. Brudzę podłogę wodami, są zielone…już wiem, że pójdziemy na porodówkę. Uff dobrze, że nie na patologię. Pierwsza była cesarka? Tak. Teraz też? Nie! Chcemy naturalnie! I salę rodzinną jak się da. Lekarz  był bardzo miły. Wszystko wyjaśnił . Podpisaliśmy dokumenty i dostaliśmy salę do porodów rodzinnych:)  Zawieźli mnie tam na wózku. Nie chodzimy. Wody odchodzą więc, nie jest to bezpieczne. Na Sali jestem sama. Pani położna. Kobieta niezwykła. Działała na mnie jak balsam. Spokojna i ciepła. Podłączyła ktg i powiedziała, co i jak, że leżeć muszę. A męża poprosi niebawem.

Leżałam tak sama z 40 minut. Dobrze mi się zrobiło. Tola chyba też to poczuła. Bo zaczęły się te „dobre” skurcze. Pojawiały się, co 4 minuty. Znalazłam zegarek na ścianie, który zapowiadał zbliżające się falę efektywnych skurczy.  Zamykałam oczy.  Oddychaj do brzuszka. Wszystko będzie dobrze.
Przyszła położna. Zbadała nas. 4 cm. Pięknie.  Oby tak dalej.

Lekarz. Wywiad. Milion pytań. Nie mogę się skupić. Skurcze stają się nie znośne. Ale jakby zwolniły. Mierzy, pyta. A nie cesarka? Naturalnie. W książeczce jest plan porodu. W którym, co drugie zdanie informacja, ze cesarka tylko w razie konieczności.  
Kazali podpisać, pismo, że chcę podjąć próbę porodu naturalnego. Położna anioł. Skończyła dyżur. Przyszła nowa. Równie wspaniała. Trzymała za rękę i rozmawiała z nami. Jak ja się cieszę, ze los nam je dał.

Skurcze się nasilały , ale przez ciągłe wizyty lekarzy i wywiady ciężko mi było się na nich koncentrować. Maż głaskał i tulił. A w przerwach nawet dobrze się bawiliśmy. W skurczu nie było nam do śmiechu. Przyszła położna podać nam antybiotyk. Już minęło 6 godzin. Zbadała nas 5,5! Jest progres. Jest dobrze. Najtrudniej znosić to na łóżku. Ale główka nie była dobrze podparta i jeszcze musieliśmy na nim tkwić.
Po 8 godzinach, kiedy po raz kolejny przyszedł ktoś nas uświadamiać o zagrożeniu związanym z porodem naturalnym w naszym przypadku. Zaczęłam wątpić, ze się uda. I coraz częściej i szybciej powtarzałam w głowie” będzie dobrze”. Ktg ? Zapis jest dobry? Z dzidziusiem wszystko dobrze? Nic złego się jeszcze nie dzieje. Jeszcze?!

Kolejna wizyta. Profesor. Padają słowa straszne. Śmierć. Konsekwencje. Szaleństwo. Wychodzi. A ja płaczę. Położna trzyma za rękę. Mąż głaska po twarzy. To Wasza decyzja. Chyba musimy się zgodzić…Wycieram twarz. Wchodzi doktor, który będzie nas operował. Gdyby nie zielone wody i czas…to konieczność. 

Dostaje niebieski kubrak. Idziemy na sale. Po drodze znów brudzę podłogę wodami, przepraszam…to jest strasznie uwłaczające…Położna mówi, żeby się tym nie przejmować…

Na Sali jest bardzo wąski stół. Inny niż przy pierwszej operacji. Pani doktor anestezjolog podaje znieczuleni. Nie ruszać się. Ale przecież ciągle mam skurcze. Jest surowo. Przygotowanie długo trwa. Wchodzą lekarze. Dwóch. Młody podziwia bliznę po pierwszym cieciu.  Nie rozmawiają ze mną. Starszy poucza młodszego.

Czemu jeszcze nie wyjmują Toli? Czemu nikt do mnie nie mówi? Czemu to tak długo trwa? Podłączają kolejna kroplówkę. W końcu słyszę, kwilenie. A zaraz potem płacz. Ja też płaczę. Od pierwszego jej wydanego dźwięku płaczę.

Czemu mi jej nie pokazują? Ale płacze - na pewno jest dobrze. Chwile potem słyszę, jak mówią do siebie. Waga  3960! 57cm! Jaka wielka! Miała być maks 3700! 10 punktów.

Pokażcie mi ją.

W kocu zawinięta, maleńka z wielkimi oczami. Moja Toleńka. Ze sztucznymi szwami na policzku. Przecięli…zdarza się. Nie będzie śladu. Zagoi się.
Tola pojechała do tatusia. Ja jeszcze leże, znieczulenie puszcza. Proszę o kolejną dawkę. Pomaga. Długo to wszystko zajmuje.

W końcu jedziemy na salę pooperacyjną. A tam czeka na mnie maleństwo. Dostaje ją w samym pampersie na piersi. Szuka mleczka. Udaje się ja przystawić za pierwszym razem. Jesteśmy razem. Całuje ją i tulę. Skóra do skóry. Pomału emocje opadają. Nie jest łatwo, nie wolno podnieść głowy. Przychodzi dumny tata. Tuli nas najczulej jak potrafi.  Już jest spokojny. Jesteśmy wszyscy razem. Cali. Zdrowi. Obolali. Ale niezwykle szczęśliwi.

Nie udało się urodzić naturalnie. Od naszych planów i marzeń poród był daleki. Ale wróciliśmy szybko do domu. Tola była ze mną cały czas. I tym razem nie mam poczucia, że zawiodłam. 

 Jestem szczęśliwa, że wszystko dobrze się skończyło. 



Tekst powstał dla Dobry poród

piątek, 27 czerwca 2014

Nasze królewny:)

Nasze królewny:)

T O L A & L I L I 


Dziękujemy Ciocia Koralina!
Jeśli ktoś ma chęć na super sesje to koniecznie piszcie! 
Szybko, sprawnie i profesjonalnie :) 
A efekt powalający, sami zobaczcie! 
















czwartek, 26 czerwca 2014

Ludzie to wilki.

Ludzie to wilki.


 JaMama!

Staram się nie poddawać złym myślą. Odganiam je szybko jak tylko zjawiają się na horyzoncie. Macham mocno żeby poszły precz. Bo wiem, ze jak psychika mi siądzie to wszystko leży. Jako doświadczona mama wiem, że stan psychiczny, wpływa na moje dzieci. A ja chcę mieć szczęśliwe dzieci. Więc szukam szczęścia we wszystkim, czym się da. Przetrwałam dziadkoland. Choć nie było łatwo. Wiszenie nad nami, gdy płacze Tola nie ułatwia sprawy.

A gdy tylko pojawia się słowo brzuszek, to muszę natychmiast spożyć kolejna dawkę melisy. Nie znoszę słowa KOLKA! Bo jak moje dziecko zapłacze 3 razy, to nie ma kolki pokarmowej…zwyczajnie mówić nie potrafi. Może ciśnie ją skarpeta, albo chce się potulić. Ale nie! Ja się nie znam. Boli ją na BANK brzuszek! Bo kolki ma!

Zapłacze – to noś! Przecież płaczące dzieci się nosi! Albo buja w wózku ! O tak! Najlepiej żeby łeb odskakiwał na pół metra. Bo się uspokaja! No ba! Jak się zapowietrzy to nawet na chwilę cisza jest. A to, że co 2-3 h tulimy się przy cycusiu i noszę w chuście. ( do chusty już się przyzwyczaili)  To nie ważne. Noś na rękach! Przecież tak trzeba.

A starsza? Koniecznie musi mieć wszystko. WSZYSTKO, co wymyśli. Bo przecież trzeba rozpieszczać. A prezentami zastąpić czas i miłość. Bo nie wiem co…przyznaję, że dużo może. Ale z umiarem.  Bo mam świadomość, że nie chcę wychować egoisty i próżniaka.  Bo starszak to nie bezmyślne dziecko. Tylko człowiek. I tak ją traktujemy.  Od maleńkości i uważam, że jest to dobre.

Nie oszalałam po tym. Brałam głęboki oddech i dużo melisy. Ale przysłaniło mi to dobre momenty, które przecież też są . I dochodzę do wniosku, że najlepiej czuje się w naszym świecie.

  Może jestem dziwna, może są we mnie hormony.  Ale ciężko znoszę pewne sytuacje. Szczególnie te, które w podświadomości chcą mi zasiać ziarenko. Które mówi, ze może jednak moje metody są do bani…a ja nie wystarczająco dobrą matką jestem. I właśnie te myśli przeganiam. Najmocniej. 

Bo przecież nikt! NIKT nie będzie lepszą mamą swoich dzieci!  Jak ja czy TY! Więc nie pozwalam sobie na to! I Ty też młoda Mamo, na to nie pozwól!  Jesteś najwspanialsza ! Jak nikt Ci tego dzisiaj nie powiedział, to mówię Ci to ja! Jesteś wystarczająco dobrą mamą! Bo te idealne nie istnieją. 

Zapewne nie słyszysz tego za często.  Częściej usłyszysz, że w sumie miesiąc po porodzie wciąż masz spory brzuch, niezrobione paznokcie, no i oko niepomalowane. I ze zdziwienie pytają „ Zmęczona jesteś?” No nie leżysz i pachniesz. Przecież jak dobrze pójdzie masz trzy godziny nieprzerwanego snu. Nie wystarcza Ci? I na serio nie przeszkadza Ci ufajdane ubranie? A fe! A Ty właśnie ostatnią czystą koszulkę ubrałaś…bo nie masz, kiedy wstawić prania… Ludzie to wilki.

 I w duchu dziękuję, że mam możliwość kształtować swoje dzieci po mojemu. Tak długo jak się da, zanim społeczeństwo zacznie mieć na nie większy wpływ…

Przetrwałam to, choć łatwo nie było.  Pewnie złamie się niebawem. Bo kryzys w końcu przyjdzie. I wyć będziemy we trzy. Albo wybuchnę gdzieś niespodziewanie. Bo w końcu ludźmi jesteśmy.
„A  kto nigdy nie był człowiekiem, ten nie wie jak to jest”J


I oceniać lubimy...oj bardzo...


p.s Znów przypaliłam ziemniaki! Fuch yeaa! ;)Taka anarchia :) 


wtorek, 24 czerwca 2014

Tekst dnia!

Ja Mama!

Lili dlaczego malujesz nogi cienkopisem?
- BO MOGĘ!

No w sumie nikt jej nie zabrania :)

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Dajcie mi jeszcze dwa. Jak bedzie cztery to powiem, że przy dwójce się odpoczywa:)

Dajcie mi jeszcze dwa. Jak bedzie cztery to powiem, że przy dwójce się odpoczywa:)
JaMatka!


Wesoło jest. Nie powiem, że nie. 
TAKA SYTUACJA
Zbieramy sie na spacer. Zaczęliśmy jakieś 40 minut wcześniej. Znosimy dwa wózki, śmieci - bo sie nazbierało . W końcu dzieci. Tola wyje więc dokarmiam na chodniku przed domem. Tato wyrzuca śmieci. Lili pcha swój wózek z koniem. Konia tez trzeba było znieść:)
Niestety zaczyna padać. Wracamy. Falstart.
Po deszczu próbujemy raz jeszcze. 
Wózki już są na dole. Więc tylko dzieci. Pestka.
Jakieś 10-15 minut drogi do celu mamy. 
Dochodzimy do parku. To jest jakieś 4 minuty od domu. Tola znów sie domaga. Wiec karmimy.
 Na ławce wygodnie. Lili lata po parku. Tam idzie pod drzewko i  niestety nie udaje sie ściągnąć portek na czas. Wszystko mokre. Oczywiście mamy wszystko w razie "WU", tylko nie zmianę ciuchów i butów dla Lili...przecież mamy 15 minut drogi!
Tata leci szybko do domu. Tola się w końcu najada. Lili czeka. Wraca tato i idziemy do celu. Okazuje się, że go nie znajdujemy:) 
I tak to nasza wyprawa do celu z przeszkodami, bez dotarcia do celu przebiegła.
Za to dzieci przewietrzone:)  




Lili odkryła w sobie pasje fotografowania. 
A oto jej dzieła:


piątek, 30 maja 2014

:)

:)
Witajcie!
Żyje, ale potrzebuje jeszcze chwili,żeby do Was coś więcej napisać:)
Dajcie mi czas i czekajcie cierpliwie:)

     Wszyscy uczymy się nowej sytuacji i coraz lepiej nam to wychodzi. Rozstanie z Lili było trudne, a spotkanie po 3 dobach było tak wzruszające i pełne emocji, że nie zdołałam opanować łez i wyłam jak bóbr.
Lili dostał straż pożarną i Tola wkupiła się w rodzinę :)  Pytają jak Lili. Spieszę z odpowiedzią: bardzo dobrze, lubi Tole i była przygotowana na powitanie siostry. Nie wymagamy zbyt wiele, zdajemy się na nią. Póki co mała siostra śpi i je, to ciężko się z nią bawić :)

Ale fajnie,że już jesteśmy wszyscy razem:)

czwartek, 15 maja 2014

Być jak świnka Peppa.

Być jak świnka Peppa.
JaMamusia!

Oglądaliście kiedyś Peppe?
My  ostatnio oglądamy małe świnieJ Niesamowita jest ta bajka. Czasem mam dni, że chcę być jak świnka Peppa. Ona jest niezwykle obrażalska, chamska i wrednaJ A pozostałe postaci idealnie wpasowują się w model naszej rodziny J

Peppa i jej zagrywki:

Uczy się gwizdać, ale nie wychodzi jej. Dzwoni do Suzy owcy, pyta czy ta umie gwizdać. Suzi mówi, że nie wie co to znaczy. Peppa jej tłumaczy. Suzi próbuje i jej wychodzi. Na co Peppa odkłada słuchawkę …:D


Zabawa, w której przegrywa, zawsze jest głupiaJ

Mówi swojemu ojcu, że ma duży brzuszek.

Ojciec zawsze wszystko robi i wie najlepiej.


Tato świnka często zasypia. Zupełnie jak naszJ

Fajne świnie nie?:)




Copyright © 2016 kotmania.pl , Blogger