niedziela, 24 sierpnia 2014

I zawieram życiowy mój pakt o nieagresji.

I zawieram życiowy mój pakt o nieagresji.
JaMatka!

Czy ze mną jest coś nie tak, czy to społeczeństwo jest chore. Chyba tu jakoś nie pasuję…
Siedzę ze swoim dzieckiem w piaskownicy, drugie mam w brzuchu. Jest piękna pogoda, godzina, chyba 14 na osiedlowym placu zabaw tylko my dwie. Mimo już ogromnego brzucha, lepimy razem babki i chichramy się z byle czego.  Przez chwilę nawet zastanawiamy się gdzie są wszystkie dzieci. W domu, w szkole, na basenie, na innym placu zabaw. Naszą sielankę przerywa wrzask. Okropne krzyki matki. Do dziecka. Że obiad musi zjeść. Że ma tu siedzieć dopóki nie zje. Krzyczy tak głośno, że Lili się do mnie wtula. Krzyk dobiega z okien bloku na przeciwko. Jest bezradnym i agresywnym krzykiem młodej mamy. Domyślam się, która to mama. Znamy się z widzenia już prawie wszystkie na osiedlu. Smutno mi. Lili się pyta, czemu ta pani tak krzyczy? Nie wiem. Nie umiem jej odpowiedzieć. Krzyczy, bo jest bezsilna. Lili mówi, że przecież nie wolno krzyczeć na dzieci…
               Innym razem w piaskownicy, babcia dumnie opowiada, że daje klapa, jak mała nie słucha. Że dyscyplina jest najważniejsza. Druga mówi, że się czasem nie odzywają ze swoją 5-letnią wnuczką. Jeszcze inna mama mówi, do swojego dziecka, że jest debilem.

Mały chłopiec biega z karabinem w piaskownicy. Kiedy zaczyna w nas strzelać proszę go, żeby tego nie robił, bo my nie lubimy agresji i jak chce może się z nami w coś innego pobawić. Właściwie nie wiem, po co mu to mówię, przecież chłopcy tak się bawią nie? Ale jakoś mi nie pasi, gdy 5-latek z imitacja broni, celuje w nas i mówi do mnie i mojej córki, że nas zastrzeli… dzieciak, w piaskownicy. Może jestem dziwna i przesadzam…ale no nie pasi mi to jak nic. 
Młody odkłada, bez żadnych słów i pyta, w co się bawimy.  Chwile potem, bawi się z nami. A gdy wychodzę z piaskownicy nakarmić Tole, biegnie za mną razem z Lili, i woła że ja się muszę z nimi bawić! Jest mi miło, a jednocześnie smutno.  Z innego świata się czuję. Nie krzyczę, nie bije swojego dziecka. Bawię się z nim. W domu. Na dworze. W piaskownicy. Może nie powinnam, bo te dzieci widzą, że można i chcą też tego od swoich rodziców. Tego czasu i uwagi. Bo najczęściej zaobserwowany styl w piaskownicy, to "masz idź się baw z dziećmi, nie przeszkadzaj".
               Jedna mam mi mówi, że chyba lepiej dać klapa, niż wyzywać to dziecko… Innym razem zapytano mnie, czym się teraz straszy dzieci? Bo kiedyś to baba jaga, że ktoś zabierze…A teraz? Nie wiem. Nie wiem, czym się straszy dzieci i nie wiem, po co się straszy. My nasze dzieci traktujemy jak ludzi. A nie zwykliśmy ludzi bić i straszyć, gdy nie chcą zrobić czegoś po naszemu. Słyszę argument ,że po klapsie, już nigdy się tak nie zachował i że to działa, warto stosować. Że po łapach dać. I nie wiem. Zupełnie nie wiem co robić. Tłumaczyć? Umoralniać? Nie wiem.  
               Ostatnio Pani powiedziała mi, że jestem bardzo cierpliwa i jak ja to robię. Powiedziałam, jej że to dlatego, że bardzo kocham swoje dzieci i wiem, że wychowywanie to szlifowanie własnego charakteru, a nie stosowanie agresji. Choć mam czasem dość, bo czasem muszę wyjść do pokoju obok i głęboko oddychać. Bo czasem muszę głośno wyryczeć swoją słabość pod prysznicem. To zawsze zaczynam od nowa. Spuszczam powietrze, każdego dnia, żeby nie wybuchać.  Tylko to trudna praca. Praca nad sobą, a dzieci nie są winne naszych słabości. Tylko jak się zachować i co robić z tą agresją dookoła, dużo jej ostatnio... To z nami coś nie tak, czy to wszystko jakieś chore…A Wy co myślcie?




środa, 20 sierpnia 2014

Gadżety Mamy Marty:) cz.I

Gadżety Mamy Marty:) cz.I
JaMama!

Zawsze ciekawiły mnie nowości i lubiłam różnego rodzaju gadżety, za sprawą, których życie stawało się łatwiejsze. Z wielką wnikliwością poszukuję rozwiązań najlepszych dla nas.  Oswoiłam, też swój słomiany zapał i powalam sobie odczekać chwilę w celu sprawdzenia, czy za 4 dni nadal będę uważać, że jest to rzecz, bez której nie da się żyć. Bez której świat jest szary, a nabycie jej nie jest tylko wypełnieniem potrzeby kupowania. Bo wiadomo kobietą jestem, więc w nazwie już jest zawarta informacja o tym, że kupować muszę. 

Więc drogą analizy i rozwoju naszej Lili padło na poszukanie nowego rozwiązani toaletowego. Wiem, że da się bez tego żyć. Nawet całkiem normalnie. Ale posiadając to, o ileż życie stało się prostsze J Mowa tu o desce toaletowej family! Lili już od dawna nie korzysta z pieluch. Przebyła długą drogę, aż dotarła do punktu JA SAMA! I tak to właśnie Lili korzysta z dużej toalety sama. A wiadomo, że zwykła deska to spore wyzwanie, wiec mamusia przybyła z pomocą. 
Kupimy deskę dla Lili! Taką podwójną! TADAM! W końcu Tola niebawem też będzie z niej korzystać. Jak zwykle przedstawiłam mężowi swemu listę za i przeciw. Poszperałam,  wybierając przeróżne przedziały cenowe. Wiadomo, cena czy okazja cenowa, bywa kluczowym argumentem podczas narad rodzinnych na temat nabywania dóbr materialnych. I padło potwierdzenie. Jak to u nas bywa: ja z ogromnym entuzjazmem, maż z miną potwierdzającą bez większych emocji. 


 Wybraliśmy opcję najtańszą. Znalazłam ją w sieci marketów Jula. TU.  Do nabycia również TU. Deska zawiera dwie opcje. Deska mała i deska duża. Do tego kupilismy stopień podwyższający. (Z IKEA) i poza pomocą w zapaleniu światła Lili jest toaletowo samodzielna! A jaka dumna z tego faktu. Nie tylko ONA, cała rodzinaJ Jeżeli zastanawiacie się nad tą opcją, jest naprawdę dobra.  I nocnika nie trzeba myć! YeaaaJ
I jeszcze o naszej drodze do deski family.
Kiedy zaczęliśmy przygodę z nocnikiem Lili miała jakieś 7-8 miesięcy. Zapoznawała się z nim, była to klasyczna kaczuszka dostępna we wszystkich marketach.
Sprawdzała się świetnie do momentu aż Lili urosła. Nocnikowi  zaczęły rozjeżdżać się boki…Za miękkie tworzywo się okazało. Wtedy robiłam rozeznanie w tematyce nocników. I wniosek był taki, że nie ma ceny średniej nocnika. Są takie za 10-20zł albo takie koło 100zł i wyżej. 
Kupiliśmy z zamykaną klapką. Nie wypał.Oczywiście najpierw miałam chrapkę na Fiszerowego nocniczka. Ale czyszczenie go i muzyczka w nagrodę za siusiu i kupkę, skutecznie mnie zniechęciła.

 Kupiliśmy też nakładkę na kibelek. Mięciusią, milusią i wpadającą do muszli…
Aż trafiliśmy na nocnik właściwy. Stabilny, wysoki!!( Lili nie musiała mieć, kolan pod brodą)i łatwy w czyszczeniu, we właściwej cenie. Jedyny minus, to brak jakiegoś klika żeby wyjmowana misa się nie ruszała przy wstawaniu.   Kolor uniwersalny dla chłopczyka i dziewczynki. Świetny zakup. Do nabycia w IKEA.  
Mam nadzieję, że nasze doświadczenia posłużą Wam przy wyborze swojego najwłaściwszego tronu. 

wtorek, 12 sierpnia 2014

Raport miesiąca :)

Raport miesiąca :)
Ja mama! 

Co tam u nas? A dobrze. Czas zaiwania jak szalony. 
A dziewczyny? Dziewczyny własnie tak:

Lili:
Jest wspaniałą starszą siostrą. Tuli, ściska, całuje. No kocha cała sobą. Dzieli się swoimi zabawkami wpychając do rączki Toli.
Liczba niespodziewanych przytrzaśnięć siostry własną pupą: 1
Liczba nowych słów: nie sposób policzyć, mówi całymi zdaniami.
Ulubiona zabawa: każda z mamą
Ulubiona książka: każda czytana z mamą
Ulubiona potrawa: Każda, która jest masłem czekoladowym, parówką, frytkami i podana przez mamę J
Najgorsza potrawa: każda, która nie jest masłem czekoladowym, parówką i frytkami J
Ulubiony napój: woda – podana przez mamę rzecz jasna
Ulubiona bajka: zapytana o to Lili odpowiada no moja ubuliona! Ale która? No ubuliona!
Lubi grać w: sza-chi, to takie szachy tylko inaczejJ 
Ulubiony kolor: fioletowy
Nowe słowo:  tłajlajtsparkyl – jak ona to ogarnęła to ja nie wiemJ

Tola:
Jest wspaniałą młodszą siostrą. Kocha całą sobą. Jeszcze nic nie zabiera. Ślini się J
Umie: obracać się z plecków na brzuch i podnosić wysoko, wysoko głowę
Potrafi: uśmiechać się najpiękniej na świecie
Ulubiona zabawa: obserwowanie świata, próby naśladowania mimiki twarzy
Ulubiona potrawa: mleczko, mleczko, mleczko
Ulubiona książka: każda czytana przez mamę i Lili
Ulubiony kolor: alalakghhh
Nowe słowo: guuu

Takie to właśnie zdolne dziewczyny są J


A teraz, słów kilka o książeczce,  którą poznałam jak Lili już sporo mówiła, więc jakoś powstrzymałam się przed jej zakupem.  Jednak przybycie Toli podsunęło mi świetne zastosowanie jej. Więc znów jej zapragnęłam i dumnie stanęła na półce z książeczkami. Chciałam mieć coś, co połączy Lili i Tolę, tak aby zaangażować bezpiecznie Lili w rozwój Toli. Wtedy zapaliła mi się lampeczka, że ta książka idealnie się do tego nada.
Konstrukcja twardych stron, łatwych do przewracania malutkimi paluchami. Kolory żywe, postaci  wyraźne, czcionka wielka. I  książka jest „bardzo wielka” jak mówi  Lili, choć w niewielkim formacie . To to, czego oczekiwałam.  A treść? Banalna i intuicyjna.  Zawiera obrazek i opis. Są tam zwierzęta i przedmioty. No rewelacja! Jak ja się cieszę, ze znalazłam to zastosowanie. Rozwija moje obie córki i do tego nawiązują więź.  Lili  czyta książkę Toli! Wydawać by się mogło nie możliwe a tu proszę. A wszystko to dzięki 

„KSIĘDZE DŹWIĘKÓW” wyd. Dwie Siostry


  








Siła sióstr :)




poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Bajkowo!

Bajkowo!
JaMama!

Dziś troszeczkę o książeczkach i bajeczkach. 

Pozwalamy oglądać Lili bajki w TV , jednak wybieramy jej te które się nadają.  Po pierwsze, dlatego, że chcemy mieć wpływ na to co ogląda, nie chcąc jej faszerować tym, co telewizja daje w myśl, weź co jest.

  Po  drugie i najważniejsze dlatego, że bajki maja ogromny wpływ i są bardzo pomocne w wychowywaniu( na pewno 2,5 latka). Często posługuje się sytuacją z bajki, aby pomóc okiełznać emocje danej sytuacji.  
„ A pamiętasz jak w bajce…” U nas działa. 
Dlatego ważne jest wybieranie dobrych bajek. Takich, które wnoszą to, co istotne.  Miały bohaterów, których warto przywoływać, jako przykład. 
Nie straszyły a relaksowały i uczyły. Raz Lili oglądała wybraną bajkę, a ja musiałam wyjść do Toli, nie sprawdziłam, jaka bajka miła być następna. Skończyło się płaczem. W kolejnej bajce był jakiś stwór, który nawet przylazł do nas w nocy…a obejrzała może z dwie minuty. Dlatego właśnie puszczamy bajki wybrane.  
Wybieramy te według nas fajne,  bo Lili uwielbia wcielać się w rolę bohaterów. Była już Zuzią, Małą rudą lisiczką, Księżniczką Zosią, Księżniczką Amber , a aktualnie jest doktor Dośką ( po przesłuchaniu audiobooka porzuciła bycie księżniczką :))

Zanim Wam je przedstawię takie dwie sytuacje:  

 Początek zdania” A pamiętasz” jest Lili ulubionym:)

Lili do mojej siostry : „ Ciociu, a pamiętasz jak byłaś mała i ja śpiewałam Ci kołysanki?”

I kolejna:

W piskownicy. Idzie zapoznać się z dziećmi. 
„Cześć ja jestem Zuzia, a tam moja przyjaciółka Ania” pokazując na mnie:)

Pewnego razu w restauracji:
Ja: Czy mają Państwo specjalne manu dla dzieci?
Kelnerka: niestety nie.
Lili: A dla małych dziewczynek?

Ta sama restauracja, kącik dla dzieci. Dziewczynka do niej.
D:Jak się nazywasz?
L: Księżniczka Zosia .
D: no ale jak się nazywasz?!
L: no mówię księżniczka Zosia!
D: aha, a ja Ola :)


A teraz książki i bajeczki.

Pierwsza jest moja ulubiona. Oglądamy od dawna. Leciała kiedyś na mini mini o 7 rano. Teraz jej dawno nie widziałam. Ale za to na YT jest!
 Piękna bajka, jakby malowana pędzlem. O przygodach Małego Brązowego Zająca, jego przyjaciołach i taty. Bohaterowie nazywają się tak „jak każdy widzi”.  Więc zapamiętywać specjalnie imion nie trzeba :) Przygody zawsze pięknie puentuje tata, tak że Zajączek sam wyciąga wnioski i uczy się życia. Śliczna opowieść o przyjaźni i miłości. Polecam bardzo.

I książeczka upolowana w bibliotece. Przeczytana  milion i jeden raz. I przy ostatniej stronie zawsze: i jeszcze raz!
A jest to:
„NAWET  NIE WIESZ JAK BARDZO CIĘ KOCHAM!”
Bajka tu: 



I druga. W sam raz na deszczowe dni. Przygody paczki przyjaciół. Z misją. Z muzyka poważną i dziełami sztuki. Nauka klasyki przez zabawę.  
Lili prze nich pokochała balet. I robi występy udając, że zasłonki to kurtyna. Robi arabeski i takie tam :)
 Każdy z przyjaciół ma jakiś talent potrzebny do wykonania misji. Zuzia tańczy, Ania śpiewa, Leoś dyryguje, Łukasz gra na instrumentach , a wszędzie zabiera ich niezawodna rakieta. Ta bajka jest dla trochę starszych dzieci, dlatego odcinki wybieram. Bo zawsze jest, ktoś kto chce zepsuć , wykonanie misji i czasem Lili się go boi. 
Ale dzięki nim Lili w piaskownicy buduje wulkan Mauna Loa!

"MALI EINSTEINI"

Książeczkę też upolowaliśmy w bibliotece. Szukałam jej do kupienia. Niestety nigdzie nie mogę znaleźć dostępnej. Jakby ktoś, coś, gdzieś to dajcie znać, bo polujemy na własną :)



I z oddaniem książek nie ma problemu, bo " Pamiętasz jak tata świnka zapomniał oddać książkę?"  


No i przy naszych szybkich metamorfozach Lili zamiast kupować jej rzeczy z motywem bajkowym, 
robię jej bohaterów " on the stick"  z czego "stick" to rurka do picia, a reszta to robota mamy przy pomocy Lili:) 



czwartek, 10 lipca 2014

Bardzo osobisty wpis czyli nasza opowieść porodowa.

Bardzo osobisty wpis czyli nasza opowieść porodowa.


W pamięci zostawiam 4 kilo miłości i pierwszy płacz


Mój pierwszy poród był trudny i zostawił sporą ranę w mojej głowie. Długo zajęło mi pozbieranie się, szczególnie psychiczne po nim. Po wielu godzinach porodu i właściwie, już na finale skończyło się cesarskim cięciem. Wyszłam ze szpitala z przekonaniem, że nie dałam rady. Zawiodłam, jako kobieta.

Tym razem marzył mi się poród w zgodzie z naturą.  Przede wszystkim świadomy i spokojny. Spotkaliśmy się  z położną od porodów domowych. Nie widziała przeszkód mimo pierwszej cesarki. Poczułam jakby mi ktoś otworzył ogromne drzwi, za którymi było morze cukierków. Możemy mieć dobry poród.

 Moja euforia trwała chwilę. Doktor powiedział, że dobrze zrobić usg, zobaczyć jak duża dzidzia, czy blizna trzyma. Blizna trzymała, tylko Tola się owinęła pępowiną.  Zaczęliśmy mieć więcej obaw niż chęci. Więc zmieniliśmy opcje. Będziemy rodzić w szpitalu, ale z położną z Fundacji Rodzić po Ludzku. Spotkaliśmy się i umówiliśmy szczegóły.  Powiedziała, że mamy być spokojni i wszystko będzie dobrze. Wiec cierpliwie oczekiwaliśmy dnia, w którym Tola rozpocznie swoją największą przygodę. 

Skierowanie do szpitala już czekało, aby za parę dni jak nic się nie zadzieje, udać się tam z plakietką PO TERMINIE. To miał być czwartek. Poniedziałkowe KTG i badanie powiedziało. JESZCZE NIE!

Więc poniedziałek to nie ten dzień. Spędziliśmy go niezwykle miło. Humory nam dopisywały. Był pyszny obiad z deserem. Poszliśmy spać w cudownych nastrojach. Nie pospaliśmy zbyt długo. Około 2 w nocy obudził mnie ból brzucha, który nie był mi do tej pory znany. Zaczęły się sączyć wody. Nie do końca rozumiałam ten stan. Czy ja siusiam czy o co chodzi? Dopiero po chwili do mnie dotarło, że to właśnie ten dzień. Potwierdził to skurcz, który pojawił się chwile później. Obudziłam męża, żaby dzwonił do położnej. Odebrała, zrobiła wywiad. Proszę jechać do szpitala, niebawem zacznie się akcja porodowa. Tylko w naszym szpitalu niema miejsc…musicie jechać gdzie indziej. Dajcie znać jak Wam poszło….CO?! Ale gdzie? Borowska? A gdzie to?! Przecież mieliśmy z położną…Wszystko nie tak. Skurcze przybywają. Czekamy na siostrę, żeby została z Lili. Mała się budzi. I woła. „Mamo! Tylko spokojnie. Ty nie idź.” A ja wyje. Rozczula mnie to do granic możliwości.

Zamykam oczy…oddychaj do brzuszka.

Jest siostra.” Będzie dobrze” mówi i tuli nas na drogę i zapewnia, że zaopiekuje się Lili, najlepiej jak potrafi. W drodze do auta staram się opanować emocje. Mamy zadanie. Zróbmy to i wracajmy do domu.

Szpital wygląda dobrze. Korytarze są puste w izbie przyjęć tylko my. Wywiad, ktg. Czekamy na lekarza. Skurcze się wyciszają. Są nie regularna. Leże i czekam. Pytamy czy są sale rodzinne. Są…ale trzeba mieć zgodzę …ale jak się doktor dyżurujący zgodzi, to może się uda.

 W głowie powtarzam w kółko, jakby miało to pomóc. „będzie dobrze, będzie dobrze” Przychodzi doktor. Bada. Brudzę podłogę wodami, są zielone…już wiem, że pójdziemy na porodówkę. Uff dobrze, że nie na patologię. Pierwsza była cesarka? Tak. Teraz też? Nie! Chcemy naturalnie! I salę rodzinną jak się da. Lekarz  był bardzo miły. Wszystko wyjaśnił . Podpisaliśmy dokumenty i dostaliśmy salę do porodów rodzinnych:)  Zawieźli mnie tam na wózku. Nie chodzimy. Wody odchodzą więc, nie jest to bezpieczne. Na Sali jestem sama. Pani położna. Kobieta niezwykła. Działała na mnie jak balsam. Spokojna i ciepła. Podłączyła ktg i powiedziała, co i jak, że leżeć muszę. A męża poprosi niebawem.

Leżałam tak sama z 40 minut. Dobrze mi się zrobiło. Tola chyba też to poczuła. Bo zaczęły się te „dobre” skurcze. Pojawiały się, co 4 minuty. Znalazłam zegarek na ścianie, który zapowiadał zbliżające się falę efektywnych skurczy.  Zamykałam oczy.  Oddychaj do brzuszka. Wszystko będzie dobrze.
Przyszła położna. Zbadała nas. 4 cm. Pięknie.  Oby tak dalej.

Lekarz. Wywiad. Milion pytań. Nie mogę się skupić. Skurcze stają się nie znośne. Ale jakby zwolniły. Mierzy, pyta. A nie cesarka? Naturalnie. W książeczce jest plan porodu. W którym, co drugie zdanie informacja, ze cesarka tylko w razie konieczności.  
Kazali podpisać, pismo, że chcę podjąć próbę porodu naturalnego. Położna anioł. Skończyła dyżur. Przyszła nowa. Równie wspaniała. Trzymała za rękę i rozmawiała z nami. Jak ja się cieszę, ze los nam je dał.

Skurcze się nasilały , ale przez ciągłe wizyty lekarzy i wywiady ciężko mi było się na nich koncentrować. Maż głaskał i tulił. A w przerwach nawet dobrze się bawiliśmy. W skurczu nie było nam do śmiechu. Przyszła położna podać nam antybiotyk. Już minęło 6 godzin. Zbadała nas 5,5! Jest progres. Jest dobrze. Najtrudniej znosić to na łóżku. Ale główka nie była dobrze podparta i jeszcze musieliśmy na nim tkwić.
Po 8 godzinach, kiedy po raz kolejny przyszedł ktoś nas uświadamiać o zagrożeniu związanym z porodem naturalnym w naszym przypadku. Zaczęłam wątpić, ze się uda. I coraz częściej i szybciej powtarzałam w głowie” będzie dobrze”. Ktg ? Zapis jest dobry? Z dzidziusiem wszystko dobrze? Nic złego się jeszcze nie dzieje. Jeszcze?!

Kolejna wizyta. Profesor. Padają słowa straszne. Śmierć. Konsekwencje. Szaleństwo. Wychodzi. A ja płaczę. Położna trzyma za rękę. Mąż głaska po twarzy. To Wasza decyzja. Chyba musimy się zgodzić…Wycieram twarz. Wchodzi doktor, który będzie nas operował. Gdyby nie zielone wody i czas…to konieczność. 

Dostaje niebieski kubrak. Idziemy na sale. Po drodze znów brudzę podłogę wodami, przepraszam…to jest strasznie uwłaczające…Położna mówi, żeby się tym nie przejmować…

Na Sali jest bardzo wąski stół. Inny niż przy pierwszej operacji. Pani doktor anestezjolog podaje znieczuleni. Nie ruszać się. Ale przecież ciągle mam skurcze. Jest surowo. Przygotowanie długo trwa. Wchodzą lekarze. Dwóch. Młody podziwia bliznę po pierwszym cieciu.  Nie rozmawiają ze mną. Starszy poucza młodszego.

Czemu jeszcze nie wyjmują Toli? Czemu nikt do mnie nie mówi? Czemu to tak długo trwa? Podłączają kolejna kroplówkę. W końcu słyszę, kwilenie. A zaraz potem płacz. Ja też płaczę. Od pierwszego jej wydanego dźwięku płaczę.

Czemu mi jej nie pokazują? Ale płacze - na pewno jest dobrze. Chwile potem słyszę, jak mówią do siebie. Waga  3960! 57cm! Jaka wielka! Miała być maks 3700! 10 punktów.

Pokażcie mi ją.

W kocu zawinięta, maleńka z wielkimi oczami. Moja Toleńka. Ze sztucznymi szwami na policzku. Przecięli…zdarza się. Nie będzie śladu. Zagoi się.
Tola pojechała do tatusia. Ja jeszcze leże, znieczulenie puszcza. Proszę o kolejną dawkę. Pomaga. Długo to wszystko zajmuje.

W końcu jedziemy na salę pooperacyjną. A tam czeka na mnie maleństwo. Dostaje ją w samym pampersie na piersi. Szuka mleczka. Udaje się ja przystawić za pierwszym razem. Jesteśmy razem. Całuje ją i tulę. Skóra do skóry. Pomału emocje opadają. Nie jest łatwo, nie wolno podnieść głowy. Przychodzi dumny tata. Tuli nas najczulej jak potrafi.  Już jest spokojny. Jesteśmy wszyscy razem. Cali. Zdrowi. Obolali. Ale niezwykle szczęśliwi.

Nie udało się urodzić naturalnie. Od naszych planów i marzeń poród był daleki. Ale wróciliśmy szybko do domu. Tola była ze mną cały czas. I tym razem nie mam poczucia, że zawiodłam. 

 Jestem szczęśliwa, że wszystko dobrze się skończyło. 



Tekst powstał dla Dobry poród

piątek, 27 czerwca 2014

Nasze królewny:)

Nasze królewny:)

T O L A & L I L I 


Dziękujemy Ciocia Koralina!
Jeśli ktoś ma chęć na super sesje to koniecznie piszcie! 
Szybko, sprawnie i profesjonalnie :) 
A efekt powalający, sami zobaczcie! 
















czwartek, 26 czerwca 2014

Ludzie to wilki.

Ludzie to wilki.


 JaMama!

Staram się nie poddawać złym myślą. Odganiam je szybko jak tylko zjawiają się na horyzoncie. Macham mocno żeby poszły precz. Bo wiem, ze jak psychika mi siądzie to wszystko leży. Jako doświadczona mama wiem, że stan psychiczny, wpływa na moje dzieci. A ja chcę mieć szczęśliwe dzieci. Więc szukam szczęścia we wszystkim, czym się da. Przetrwałam dziadkoland. Choć nie było łatwo. Wiszenie nad nami, gdy płacze Tola nie ułatwia sprawy.

A gdy tylko pojawia się słowo brzuszek, to muszę natychmiast spożyć kolejna dawkę melisy. Nie znoszę słowa KOLKA! Bo jak moje dziecko zapłacze 3 razy, to nie ma kolki pokarmowej…zwyczajnie mówić nie potrafi. Może ciśnie ją skarpeta, albo chce się potulić. Ale nie! Ja się nie znam. Boli ją na BANK brzuszek! Bo kolki ma!

Zapłacze – to noś! Przecież płaczące dzieci się nosi! Albo buja w wózku ! O tak! Najlepiej żeby łeb odskakiwał na pół metra. Bo się uspokaja! No ba! Jak się zapowietrzy to nawet na chwilę cisza jest. A to, że co 2-3 h tulimy się przy cycusiu i noszę w chuście. ( do chusty już się przyzwyczaili)  To nie ważne. Noś na rękach! Przecież tak trzeba.

A starsza? Koniecznie musi mieć wszystko. WSZYSTKO, co wymyśli. Bo przecież trzeba rozpieszczać. A prezentami zastąpić czas i miłość. Bo nie wiem co…przyznaję, że dużo może. Ale z umiarem.  Bo mam świadomość, że nie chcę wychować egoisty i próżniaka.  Bo starszak to nie bezmyślne dziecko. Tylko człowiek. I tak ją traktujemy.  Od maleńkości i uważam, że jest to dobre.

Nie oszalałam po tym. Brałam głęboki oddech i dużo melisy. Ale przysłaniło mi to dobre momenty, które przecież też są . I dochodzę do wniosku, że najlepiej czuje się w naszym świecie.

  Może jestem dziwna, może są we mnie hormony.  Ale ciężko znoszę pewne sytuacje. Szczególnie te, które w podświadomości chcą mi zasiać ziarenko. Które mówi, ze może jednak moje metody są do bani…a ja nie wystarczająco dobrą matką jestem. I właśnie te myśli przeganiam. Najmocniej. 

Bo przecież nikt! NIKT nie będzie lepszą mamą swoich dzieci!  Jak ja czy TY! Więc nie pozwalam sobie na to! I Ty też młoda Mamo, na to nie pozwól!  Jesteś najwspanialsza ! Jak nikt Ci tego dzisiaj nie powiedział, to mówię Ci to ja! Jesteś wystarczająco dobrą mamą! Bo te idealne nie istnieją. 

Zapewne nie słyszysz tego za często.  Częściej usłyszysz, że w sumie miesiąc po porodzie wciąż masz spory brzuch, niezrobione paznokcie, no i oko niepomalowane. I ze zdziwienie pytają „ Zmęczona jesteś?” No nie leżysz i pachniesz. Przecież jak dobrze pójdzie masz trzy godziny nieprzerwanego snu. Nie wystarcza Ci? I na serio nie przeszkadza Ci ufajdane ubranie? A fe! A Ty właśnie ostatnią czystą koszulkę ubrałaś…bo nie masz, kiedy wstawić prania… Ludzie to wilki.

 I w duchu dziękuję, że mam możliwość kształtować swoje dzieci po mojemu. Tak długo jak się da, zanim społeczeństwo zacznie mieć na nie większy wpływ…

Przetrwałam to, choć łatwo nie było.  Pewnie złamie się niebawem. Bo kryzys w końcu przyjdzie. I wyć będziemy we trzy. Albo wybuchnę gdzieś niespodziewanie. Bo w końcu ludźmi jesteśmy.
„A  kto nigdy nie był człowiekiem, ten nie wie jak to jest”J


I oceniać lubimy...oj bardzo...


p.s Znów przypaliłam ziemniaki! Fuch yeaa! ;)Taka anarchia :) 


Copyright © 2016 kotmania.pl , Blogger